Ludziom się wydaje, że jak ktoś jest coachem albo psychologiem, to nie popełnia żadnych błędów, a jego życie jest super poukładane.
Otóż, jestem tylko człowiekiem i jak każdy człowiek mam słabsze dni. Tracę czasem nerwy, mimo że od jakiegoś czasu nad tym pracuję.
Chociaż często się uśmiecham do siebie zamiast rzucić soczyste słowo pod nosem, gdy coś mnie “powinno” zdenerwować, to zdarza się, że też wybucham. Zanim zdążę pomyśleć. Po prostu bum! Wyskakuje nerw!
Naprawdę się staram. Pracuję nad sobą.
Wiem, że to jest proces i że cały czas trzeba być uważną. I widzę postępy. Widzę ogromną różnicę. Widzę zmianę u siebie i to jest mega budujące.
Ale daję sobie prawo do różnych emocji. W końcu mamy ich cały wachlarz. Daję sobie prawo do słabości. W końcu życie to nie tylko “rainbows and butterflies”.
Tracę czasem wiarę w powodzenie i motywację. Na szczęście na chwilę, bo potem znowu uruchamia się świadome myślenie. Że to część procesu, że nie chcę się przecież temu stanowi poddać, że znam swoje “dlaczego”. No i stosuję metody, które na mnie działają.
Warto mieć takie sposoby, taką tajną broń na przedłużające się chwile słabości. Ja uwielbiam słuchać Marisy Peer. I moich ulubionych piosenek z Indii 🙂 To naprawdę na mnie działa i praktycznie od razu poprawia mi nastrój!
A coaching uwielbiam za to, że daje narzędzia i wspiera nie tylko w tych gorszych momentach. Ale także motywuje, pozwala realnie opracować plan działania, uwzględniając wszystkie te nasze indywidualne moce i słabostki.
Zresztą moje przekonanie do coachingu wynika z moich własnych doświadczeń. Sama widzę na sobie (i po sobie), jak potrafi zmienić sposób patrzenia na świat. I to jest piękne!