Układam sobie pewne rzeczy na nowo.
Robię porządki w głowie.
Podjęłam decyzję jakiś czas temu. I trzymam się jej. Konsekwentnie. Sukcesywnie. Ze wszystkimi wzlotami i upadkami.
Ze łzami po drodze. Nawet teraz.
Ze łzami, które niosą oczyszczenie.
Ze łzami, które skrywałam głęboko przez tyle lat.
Ze łzami, które dobrze znam.
Ze łzami, które niosły ból.
Teraz przynoszą oczyszczenie.
Teraz przynoszą ulgę i uśmiech.
Teraz oznaczają nowy etap.
Te bańki na zdjęciu są metaforą lekkości.
W końcu czuję się lekko.
W końcu mogę to, co chcę.
W końcu nie nakładam sobie chorych ograniczeń.
W końcu widzę, jaką dużą krzywdę robiłam sobie przez długie lata.
Jak trułam swój spokój i ciało toksycznymi myślami.
Ale patrzę na to bez żalu i z wybaczeniem.
Chroniłam siebie, jak umiałam najlepiej.
Teraz widzę, że zamiast bezpieczeństwa stworzyłam sobie więzienie. Sterowane i pilnowanie przez chore myśli w głowie.
Teraz widzę, że spokój i zdrowie zaczyna się w głowie.
Teraz dbam o siebie z czułością i łagodnością. Wybaczam chwile, gdy wracam na stare, utarte tory.
Przypominam sobie stawkę, o jaką gram. O swoje szczęście. O siebie.
Dziś, po raz pierwszy chyba od 30 lat, cieszyłam się z pogody, krótkich spodni, krótkiego rękawa. Z pełną akceptacją, że moja skóra nie jest doskonała. Z pełną akceptacją, że mam łuszczycę. Z nieopisaną wdzięcznością, że ona przestała mnie definiować i mną rządzić. Z wdzięcznością, że to JA nie pozwoliłam na to. Bo to JA decyduję i wybieram.
Wybieram szczęście.